Z serii: coś pożytecznego do zakątka szyciowego

Dziś chciałabym Wam pokazać fajny bajer do zakątka szyciowego, który genialnie się u mnie sprawdza:)

A chodzi o listwę magnetyczną i pudełka magnetyczne z IKEA (teoretycznie do przypraw i na noże, z działu kuchennego) – cena dość przystępna, a poziom wygody niesamowity! Na listwie można zostawiać wszystko, co reaguje na magnes;) Więc nożyczki, pęsetę, igły itd. W pudełkach magnetycznych mam za to szpilki, szpulki i kredy.

Montaż listwy jest dość prosty (bierzecie chłopa, robicie stosowną minę i macie zamocowane :)))

Z tego rozwiązania (zarówno jeśli chodzi o listwę jak i sposób montowania;)) korzystam już od kilku miesięcy i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że sprawdza się genialnie. Wszystko jest pod ręką no i łatwiej zachować porządek, jak te wszystkie igły, pęsety, nożyczki itd. się nie walają po stole.

 

Syndrom wicia gniazda

Dopadł i mnie. Robię dziwne rzeczy, serio 😉 W szczególności takie, których normalnie nie znosiłam z całego serca, a teraz jakoś a)robię b)nawet sprawia mi to trochę frajdy.

Piekę ciasta. Zmywam. Staram się gotować obiady. Niesamowite 😀 Dbam o porządek w domu, zauważam kurz (zazwyczaj to mąż był bardziej wyczulony na porządek, nie ja). Dziwne to wszystko. No i poświęcam mnóstwo energii na przygotowanie przestrzeni dla malucha – nie ukrywam, sprawia mi to wielką frajdę 🙂 Aktualnie zdecydowaną większość maluchowych przedmiotów mam już gotową, zostały mi już tylko drobiazgi. I dobrze, bo czuję się jak rasowa ciężarówka w ostatnim trymestrze – ciężko, dawna kondycja gdzieś się podziała (nie łatwo się przyzwyczaić do innych możliwości fizycznych, oj, nie łatwo), co chwilę brzuch daje się we znaki… Jeszcze tylko trochę i mam nadzieję, że wrócę do dawnej aktywności. Marzy mi się rower i bieganie… Ach;)

Z takich nietypowych jak na mnie czynności wspomnę o ostatnich dziełach – czyli:

  • kocyku z naszytym jeżem (wyszedł nawet całkiem fajnie, jak na moje dwie lewe do naszywania czegokolwiek), który bardzo mnie wykończył psychicznie – autentycznie podziwiam osoby, które mają cierpliwość do wykrawania takich drobiazgów i naszywania aplikacji;)
  • szaliku dla malucha, ciągle w trakcie tworzenia:) Od czasu pamiętnego swetra nie ruszałam drutów. W wyprawce dla dziecia, którą dostałam od sis, nie było szalika, więc postanowiłam coś zrobić na drutach. Tym bardziej, że kilka motków mi jeszcze zostało – poznaniak nie przepuszcza takiej okazji;) Wymyśliłam sobie warkocze, których wcześniej nigdy nie robiłam. Udałam się na stosowną lekcję do mamy (bardzo zdziwionej, że warkoczy nie umiem; a tak na serio, to oprócz ściągacza i oczek podstawowych, na drutach nic więcej zrobić nie umiem, wypadałoby się dokształcić) i zabrałam się za dzierganie. Nie mam pojęcia, jakiej długości powinien być taki szalik, robię na czuja;) Do kompletu planuję czapkę i rękawiczki. Włóczki pewnie starczy jeszcze na sweterek, ale nie jestem przekonana, czy chce mi się robić sweterek, jak mam już mnóstwo bluz dla młodego. A wiadomo, jak takie maluchy rosną.

  • szczęśliwie upiekło mi się i nie muszę niczego szyć dla malucha. Tak między nami, nie lubię szycia małych ciuszków. Może są urocze i cudowne, ale imho wyjątkowo upierdliwe w trakcie szycia. Na szczęście dostałam sporo ubrań po synach siostry, więc szczęśliwe szycie małych ciuszków oddala się w czasie. Uff;)

A z tematów szyciowych dla dorosłych;) To niebawem pokażę Wam bluzki do karmienia, jakie szykuję dla siebie na najbliższe kilka miesięcy.

Ps. Wybaczcie brak aktywności szyciowo-blogowej w ostatnich tygodniach. Mam wielkie postanowienie poprawy i postaram się częściej coś wrzucać na bloga 🙂

Limonkowy tandem

Do uszycia żakietu ciążowego zmusiła mnie aktualna sytuacja figurowa – w nic bardziej eleganckiego, co dotychczas miałam w szafie z żakietów itp., nie jestem w stanie się wcisnąć. Tzn. wcisnąć się wcisnę, ale nie zapnę;) A czasem wypadałoby założyć na siebie coś bardziej eleganckiego niż dzianinowy sweterek.

Szycia żakietu ciążowego bałam się bardzo. Nie ukrywam, że największą moją aktualną bolączką szyciową jest „nierównomierne” rozrastanie – tzn. biust i brzuch idą mocno w górę, a reszta ciała tylko lekko się zaokrągliła -> efekt: więcej roboty przy dopasowywaniu i niewiadomych z konstrukcją. Brzuszek też wymaga innego podejścia konstrukcyjnego. Jako, że z żakietem jest mnóstwo roboty, bałam się, że czas spędzony nad nim może być zmarnowany. Na szczęście się udało i jestem zadowolona z efektu 🙂 Jedyne co – rękawy mogłyby być ciut węższe, to samo ramiona. Ale co tam, nie narzekam, poprawiać mi się nie chce 🙂

Żakiet jest wiązany pod biustem, wiązanie jest tak wyprofilowane, że idzie od boku, z poziomu talii, nad brzuchem pod biust. Taki kształt umożliwia bezproblemowe wiązanie nad brzuchem, który z każdym dniem swobodnie może sobie rosnąć (co też czyni;P). Wiązanie zamiast zapięcia też nie jest przypadkowe – wolałam zostawić sobie zapas na wiązanie, gdybym przypadkiem jeszcze urosła;)

Kolor limonkowy jest zdecydowanie z tych letnich i optymistycznych 🙂 Podoba mi się:) Ciekawe, jak żakiet będzie się układać na brzuchu pociążowym. Mam nadzieję, że będzie OK, bo byłoby szkoda okładać żakiet do szafy po 3 m-cach 🙂

Pomarańczowy, krótki fail;)

Pora na kolejną zaległość szyciowo-blogową. Jedną z tych, których najchętniej by się nie pokazywało, bo nie wyszły zbyt dobrze. Ale co tam, uczę się na błędach i nie planuję udawać że faile szyciowe mi się nie zdarzają;)

Na lato uszyłam sobie jeszcze jedną sukienkę, której głównym zadaniem miało być bycie przewiewną;) Stąd duży dekolt i absurdalna (przez własną głupotę) długość. No właśnie – ta długość to spory fail. Na początku sukienka była do kolan, ale stwierdziłam, że mogłaby być ciut krótsza. I „na oko” ją skróciłam. Wyrzuciłam odcięty dół, podwinęłam sukienkę i zostawiłam przy maszynie gotową kieckę. Leżała tak z dobre kilka dni, aż postanowiłam ją założyć. Założyłam i… padłam ze śmiechu. Sukienka wyszła absurdalnie krótka – masarka;) Na plażę, albo do chodzeniu po domu, może być, ale do wyjścia się nie nadaje. Bosko, no po prostu genialnie. Mam nauczkę na przyszłość, żeby nie skracać ciuchów „na oko” 😛 Uratowałam sytuację zakładając krótkie legginsy pod nią i udawałam, że to przecież tunika;) Ale niesmak wynikający z własnej głupoty pozostał;)

A tak oprócz tego sukienko-tunika jest fajna, jest bardzo wygodna i przewiewna. Dekolt zrobiłam bardziej zabudowany niż w maxi prezentowanej kilka notek temu. Jestem zadowolona z kroju góry – tył, łuk przodu i ramiączka cięte są z jednego kawałka, miski są marszczone po bokach i na dole. Mam nadzieję, że to widać na zdjęciach.

A niebawem pokażę Wam żakiet ciążowy, z którego dla odmiany jestem bardzo zadowolona 🙂

Kieska long

Pora na kolejny wpis z serii „zaległości szyciowo-blogowych” 😉

Kieski generalnie cieszą się ogromnym zainteresowaniem – tak dużym, że ciągle to do mnie nie dociera:) Dla koleżanki uszyłam Kieskę z wydłużonym rękawem, docelowo na chłodniejsze dni. Do uszycia tej wersji Kieski wykorzystałam grubszą dzianinę bawełnianą, tzw. dresówkę – dzięki temu sukienka układa się inaczej, „sztywniej”, niż poprzednie wersje z rękawem 3/4. Podoba mi się efekt. Koleżance też;)

Rękawy są trochę wydłużone, dzięki czemu można je naciągnąć na dłonie – bardzo wygodna opcja w chłodniejsze dni 🙂 Jeszcze info organizacyjne – rozmiar 36o/oo.

Kiecka Tubowa

Dziś kolejna notka z serii „wrzucamy zaległości na bloga” 😉

Tę sukienkę uszyłam dla koleżanki, z wzorzystej dzianiny, która jej się spodobała. Rozmiar 36o/oo. Krój sukienki bazuje na bluzce Tubie. I to by było na tyle 🙂

Maxi dla brzuchatych

Pora powrzucać trochę zaległości szyciowych 🙂

Na pierwszy rzut idzie sukienka maxi – nigdy nie byłam fanką maxi krojów, wydaje mi się, że jestem do nich po prostu za niska. Do tego aktualny duży biust i spory już brzuch potęgują wrażenie wielorybowatości. No i w krojach maxi ukrywam nogi – a nieskromnie mówiąc to chyba mój najzgrabniejszy obszar ciała na dzień dzisiejszy 😉 Naoglądałam się jednak sporo zdjęć ciężarówek w sukienkach maxi i postanowiłam spróbować, jak będę wyglądać w czymś dłuższym, niż do kolan.

Góra jest uszyta wg dość ciekawej konstrukcji, z której jestem zadowolona (kombinowałam jak tu uzyskać efekt z małą ilością cięć i się udało:))), ale konieczne były drobne poprawki – wersja beta, pomarańczowa (więc detale kroju będą o niebo lepiej widoczne) będzie na blogu niebawem.

Dół uszyty z jednego kawałka dzianiny, przymarszczonego na środku brzucha – fajnie to wygląda. Z boku zostawiłam spore rozcięcie, podoba mi się 🙂

Długość – niby mogłaby być dłuższa, ale w takiej nie ryzykuję nadepnięcia na kieckę i w efekcie widowiskowego upadku. Ostatnio robię się niezdarna;) więc wolę minimalizować ryzyko glebowej wpadki;)

Generalnie sukienka mi się podoba, góra wyszła ciut za mocno wydekoltowana, ale oprócz tego jest imho OK. Krój luźny, w wersji maxi chyba dodaje mi optycznie brzucha. A może on po prostu znowu urósł? Nie mam pojęcia, ostatnio odnoszę wrażenie, że z każdym tygodniem rośnie jak na drożdżach;) Aż się boję, co to będzie za dwa miesiące 😉

Sukienka na upały – mega express

Upały nie dają mi żyć. Masakra. Po prostu cała się gotuję i piję hektolitry wody. Aaaaa! Na upały najlepsze są sukienki – zwiewne i przewygodne – nic nie ciśnie w brzuch i o to chodzi. Na razie genialnie sobie radzi sukienka, którą mam już od dawna:

Ale jedna sukienka to jednak trochę za mało;) Druga – w kocie łapki – aktualnie jest poza moim domem, więc na szybko postanowiłam sobie zorganizować kolejną sukienkę. Padło na bluzkę, która aktualnie nadaje się tylko do spodni. A w te upały długich spodni to nosić nie planuję, a krótkich nie posiadam i szyć raczej nie będę, bo nie lubię;) Doszyłam więc na szybko pas jasnej dzianiny na dole i gotowe 😛

W planach mam jeszcze jedną sukienkę na lato – koniecznie krótką i wydekoltowaną (inaczej umieram z gorąca. Smaruję się filtrami z wysokimi faktorami, więc mam nadzieję, że słońce nie zrobi mi głupich żartów z przebarwieniami).

Kilka przemyśleń dot. fasonu – nigdy więcej krojów bez podkreślenia podbiuścia. Aktualnie to moje najwęższe miejsce i jeśli zakładam ciuch, który tego miejsca nie akcentuję, wyglądam automatycznie jak wielki kloc tudzież kuleczka – materiał idzie od biustu po brzuchu w dół. Na zdjęciach z boku starałam się pokazać za pomocą ręki, ile cm dodaje mi optycznie ten krój. Generalnie najlepiej się czuję w ubraniach obcisłych, przy ciele – wtedy wyglądam jakoś mniej klocowato. Takie luźne kroje mi totalnie nie leżą.

Szybka kiecka

Aktualnie odczuwam wielki niedobór ciuchów na część dolną;)), w których mogłabym chodzić. Dotychczas miałam aż jedne spodnie ciążowe i jedną długą spódnicę. I to by było na tyle z codzienniaków (nie liczę domowych spodni i sportowych spodenek, które sobie uszyłam jakiś czas temu – do sportu są OK, ale na wyjście się nie nadają;)))

Przyszły upały a wraz z nimi wielka potrzeba zorganizowania sobie czegoś krótszego. Czasu przed wyjściem do znajomych miałam mało, więc postanowiłam uszyć szybką kieckę;)

W szafie miałam jeszcze resztkę delikatnej tkaniny bawełnianej – idealna;) Stwierdziłam, że nie bawię się w żadne wykrawanie, po prostu „jakoś” sobie ułożę materiał. A kształt materiału był całkiem zabawny – jakieś 1,5m prostokąt, a potem fragment resztek po wycinaniu.

Materiał zostawiłam złożony na pół, obrzuciłam brzegi, zszyłam na wysokości końca prostokątnej części – „ogon” z resztek wywinęłam na drugą stronę. Następnie poszłam do lustra, ułożyłam spódnicę na takiej długości, jaką chciałam, przypięłam grubą gumę od środka i zrobiłam zakładki z wystającego „ogona”. Sam „ogon” mogę sobie zostawić luzem, albo zrobić z niego supły (i tak teraz mam).

Na razie kiecka się sprawdza, jest przewiewna i przez brak pasa ciążowego nie grzeje mi dodatkowo brzucha (co mnie bardzo irytuje w większości ciuchów z pasami – jak w nich gorąco!).

Jej wielką zaletą jest również czasochłonność – zajęła mi jakieś 30 minut;)

Jedyne, z czego nie jestem zadowolona, to proporcje. Ale to generalnie tyczy się wszystkich dołów ciążowych – przez to, że muszą iść pod brzuchem, kreują nie najlepsze proporcje dla mojej sylwetki. Jednak połowa odległości między biodrami i talią w moim przypadku sprawdza się najlepiej. „Łonówki” niezbyt. Ale co zrobić, mój ulubiony spódnicowo-spodniowy stan jest aktualnie nieosiągalny;)

Teraz jakoś muszę się zmobilizować i uszyć sobie krótkie spodenki 😉 Zważywszy na moją generalną niechęć do szycia spodni (bleeee, nie znoszę:((( ), ciekawe, ile czasu będę się zbierać 😉

Pattern magic – czyli magiczna porażka ;P

Zapewne znacie to uczucie, kiedy coś Wam się bardzo podoba na zdjęciu, w książce, na modelu itd. a po uszyciu okazuje się, że jednak na Was wygląda to, delikatnie mówiąc, słabo. Chyba każda szyjąca ma w swoim dorobku jakieś szyciowe potworki 🙂

Do mojej kolekcji potworków dołączyło ostatnio kręcone bolerko i bukaaaaa! 😀 Buka budzi śmiech u wszystkich, którym ją pokazywałam. W książce (pattern magic) oba modele wyglądały super, ale zapewne fakt, że modelka była szczuplutka i małobiuściasta nie był bez znaczenia;)

Bolerko – no cóż… Jest niewygodne i czuję się w nim jak karykatura samej siebie. Nagle robię się wieeeeelka, w szczególności w górnych partiach ciała. Masakra, nie lubię siebie w tym czymś.

 

Drugi potworek – mój faworyt 😉 – czyli Buka. Po raz kolejny okazało się dość brutalnie, że kroje bez podkreślenia podbiuścia w moim aktualnym stanie są, delikatnie mówiąc, mało twarzowe. Z resztą zobaczcie na zdjęcie z boku, gdzie pokazuję ręką, ile przestrzeni pod biustem jest zakryte. Czuję się klocowato. Jak wielka kulka na dwóch nóżkach. Bądźmy realistami, nigdy nie założę tej bluzki. I bolerka pewnie też. 😛

W sumie już ponad 2 tyg się zbierałam w sobie, żeby zrobić zdjęcia tym potworkom i wrzucić na bloga. Jak widać, szybko nie poszło;)

Mam nadzieję, że to ostatnie szyciowe potworki w tym roku 😛 Limit chyba się wyczerpał 😉

I po cichu powiem Wam jeszcze, że się boję szyć kolejne modele na bazie krojów pokazanych w pattern magic. Troszkę się zniechęciłam;)